Choć inni mugole zdecydowanie twierdzili, że czas płynie za
szybko- w końcu Święta już minęły, a zbliżał się Sylwester- dla Marii biegł on
nieubłaganie wolno. Kingsley obiecał jej, że na Pokątną wybiorą się w pierwszą
sobotę stycznia.
-Do tego czasu powinienem już mieć wszystko przygotowane-
stwierdził pewnego dnia. Maria nie wiedziała dokładnie, co też jej ukochany ma
zamiar właściwie przygotowywać, ale nie była również pewna, czy na pewno chce
wiedzieć.
Ona
sama chłonęła wiedzę o Ulicy Pokątnej z książki, którą dostała jakiś czas temu
od Kingsleya. Pewnego dnia wymówiła się ze spotkania z Eleonor i przeczytała
cały rozdział traktujący o tym miejscu. Owszem, odczuwała wyrzuty sumienia z
powodu okłamania przyjaciółki, ale dowiedziała się za to mnóstwa ciekawych
rzeczy.
„Kiedy
w końcu nadejdzie ten styczeń?”- myślała, nie mogąc się doczekać.
Zachowywała
się trochę jak dziecko, czekające aż rodzice zabiorą ją do zoo czy wesołego
miasteczka. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że magiczny świat tak
niezwykle ją fascynował.
-Jak mogłam się kiedyś bać tego wszystkiego?- zapytała
Kingsleya, kiedy ten opowiedział jej o jednorożcach i feniksach. Popijali razem
szampana, oglądając szalejące za oknem fajerwerki- była ostatnia noc grudnia.
-Dobrze, że się bałaś- stwierdził poważnie Kingsley. – Nie
wszystko w naszym świecie jest takie piękne. Nie mówię tu już nawet o
Voldemorcie i jego poplecznikach, ale o istotach, które występują u nas
naturalnie- są więc jadowite tentakule, wiwerny czy olbrzymy…
-Olbrzymy?- zapytała, dziwiąc się, że jej głos jest tak
wysoki i piskliwy.
-Tak. W czasach pokoju czasami musiałem się nimi zajmować.
Uwierz, nic miłego. To jednak nie wszystko. Nasz świat kryje pełno potworów,
część z nich jest naprawdę paskudna… Mój znajomy, na przykład, jakieś dwa lata
temu stworzył nową rasę. Opowiadał mi, że nazwał ją: „sklątki tylnowybuchowe”.
On uważał, że są cudne, jego uczniowie, bo był nauczycielem, zapewniali, że to
istne bestie.
-To skrajnie nieodpowiedzialne!- oburzyła się Maria.
-Nie, Hagrid jest świetny- Kingsley machnął ręką. – Ale to
prawda- „Wielka moc to wielka odpowiedzialność”*- wyszczerzył się.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, po czym zamyśliła się na
chwilę- czarodziej bawił się tymczasem jej włosami.
-To niezwykłe- odezwała się w końcu.
-Tak, wiem… Wyobrażasz sobie taką sklątkę, która…
-Nie, nie to mam na myśli- teraz to Maria machnęła ręką.-
Chodzi mi o to, że… Jak ty to właściwie robisz?
-Co robię?- zdziwił się szczerze Kingsley.
-Jesteś taki… obeznany. Zarówno w świecie czarodziejów, jak
i w naszym. Ja uczę się od miesięcy, a i tak mam wrażenie, że zaledwie liznęłam
waszej kultury, obyczajów… Wiesz, zanim jeszcze się dowiedziałam o magii,
spotkałam na ulicy trzech twoich pobratymców. Wszyscy byli tak dziwnie ubrani-
kompletnie nie dopasowali się do naszych realiów. Podejrzewam, że ja
wyglądałabym tak samo, gdybym chciała się przebrać za czarodzieja! A ty…- Maria
przejechała czule wzdłuż linii jego szczęki.- Ty u nas jesteś jednym z
najbardziej wydajnych pracowników premiera i jego tajnym ochroniarzem, a u
siebie- czlonkiem Biura Aurorów, elitarnych łowców czarnoksiężników… I w obydwóch
tych rolach prezentujesz się nienagannie.
Kingsley
roześmiał się swoim wdzięcznym, głębokim basem.
-Przecież nie wiesz, jakim jesteś czarodziejem.
-Na pewno najlepszym- odparła z pasją i przekonaniem Maria.
Ponownie się zaśmiał.
-Jest wielu, przed którymi mogę jedynie chylić czoła i
wyczyścić buty, Mario.
Teraz
przez długi czas nikt się nie odzywał. W końcu dziewczyna wypaliła coś, co od
dawna zaprzątało cały jej umysł- idea, wokół której skupiały się ostatnimi
czasy jej wszystkie myśli:
-Chciałbym zostać czarodziejką.
Kiedy
tylko wypaliła to, co leżało jej na duszy, zarumieniła się potężnie. Czekała na
jakiś komentarz Kingsleya, który obróciłby całą sprawę w żart, on jednak się
nie odzywał. W końcu odwróciła się w jego stronę. Patrzył na nią, zamyślony, w
jego czarnych oczach czaił się smutek i troska.
-Mario…
-Wiem- zaśmiała się. –Przecież wiem, to idiotyczne. Tak
tylko sobie powiedziałam.
-Gdyby tylko był jakiś sposób- powiedział, nie zwracając
uwagi na to, co przed chwilą powiedziała. –Cokolwiek…
-Daj spokój. I tak się cieszę… W końcu już za parę dni będę
na Pokątnej. Chyba niewielu mugoli może o sobie powiedzieć to samo, co?- Maria
próbowała przyjąć lekki ton, ale nawet ona sama nie do końca dała się na niego
nabrać.
-Tak… niewielu- powiedział Kingsley, choć nadal sprawiał wrażenie
zamyślonego. W końcu otrząsnął się i poszedł do kuchni. Kiedy wrócił, niósł ze
sobą butelkę szampana. Nalał go im obydwu i wzniósł swój kieliszek, mówiąc:
-Zdrowie!
-Zdrowie!- odpowiedziała Maria. Trunek był pyszny, musujący
i orzeźwiający. Poczuła się troszkę lepiej. Miała rację- wyprawa na Ulicę
Pokątną… To dopiero było coś…
***
W
sobotę Maria znowu mogła zaśpiewać fragment piosenki ze swojego budzika- była
tak podekscytowana, że nie spała od dobrych paru minut. Ubrała się pośpiesznie, oceniając krytycznie
pogodę za oknem- było ponuro, jak zresztą prawie codziennie od czerwca. „Ach,
nie cierpię tych dementorów!”- pomyślała. „I tego całego Voldemorta też!”.
Nagle
poczuła niewysłowiony wstręt wobec samej siebie- jak mogła być taka
egoistyczna? Jak mogła nienawidzić najgorszego żyjącego na świecie
czarnoksiężnika tylko dlatego, że jego poplecznicy psuli jej pogodę i nastrój?!
Czy nie istniały żadne lepsze powody? Kingsley opowiadał jej przecież o
wszystkich zbrodniach, których Voldemort się dopuścił- już sama historia
biednego Harry’ego Pottera była dostatecznym przykładem… Przypomniała sobie
również mrożące krew w żyłach słowa: " Nie współczuj. Jeśli nic nie ulegnie
zmianie, wkrótce obejmie ona i wasz świat” i wzdrygnęła się gwałtownie. Była
pewna, że ukochany nie chciał jej straszyć widmem nadchodzącej wojny, ale mimo
to…
Nagle
usłyszała donośne pyknięcie i, jak zwykle, odskoczyła na bok, trzymając się za
serce bijące głośno niczym Big Ben.
-Kingsley!- zawołała oburzona.
Wyszczerzył do niej zęby.
-Gotowa?- zapytał.
Maria skinęła energicznie głową. „Cóż za głupie pytanie!”
Kingsley wyciągnął zza pazuchy złożony w kostkę zwiewny materiał
przelewający się przez jego palce, prawie jak woda. Maria wciągnęła głośno
powietrze i ostrożnie dotknęła tkaniny. Była gładka, aksamitna i chłodna.
-Peleryna niewidka…- wyszeptała, niemalże z czcią, a czarodziej
skinął głową.
-Tak. Załóż ją, proszę- po czym rozłożył ją i delikatnie
zarzucił jej na ramiona, jakby była koronowaną królową. Dziewczyna szybko
podbiegła do lustra.
-To… to jest niesamowite!- zaśmiała się, choć w głębi duszy
była odrobinę wystraszona. Niewielu na jej miejscu by nie było- w końcu
zniknęło całe jej ciało, z wyjątkiem szyi i głowy!
Chwilę
bawiła się jeszcze peleryną i eksperymentowała z nią na różne sposoby- a to
obwiązała ją sobie wzdłuż głowy („Ale ze mnie półgłówek!”- zaśmiała się, choć
wiedziała, że stać ją było na bardziej zabawne żarty), a to owinęła wzdłuż
talii, rozkoszując się jeszcze szczuplejszą niż zwykle sylwetką. Tak, peleryna
niewidka bardzo spodobała się Marii.
-Cieszę się, że ją polubiłaś- stwierdził Kinglsey.
-Polubiłam? Ja po prostu kocham być niewidzialną!-
zachwyciła się.
-To dobrze, bo przez jakiś czas będziesz musiała taka
pozostać. Pamiętaj, za nic w świecie nie możesz ściągnąć peleryny. A teraz… w
drogę!
Po czym
zlokalizował ramię Marii i delikatnie je ujął. Nagle dziewczyna przestraszyła
się- w końcu nie wiedziała, na czym właściwie polega teleportacja. „Czy to boli?”-
chciała zapytać, coraz bardziej przerażona.
Nie
zdążyła. Poczuła, że okręca się wokół własnej osi z zawrotną prędkością, a
ramię Kingsleya zaciska się na jej własnym niczym imadło. Napierała na nią
bezkresna ciemność i ogromne ciśnienie. Nie mogła oddychać. Dusiła się.
*”Wielka moc to wielka odpowiedzialność” to kultowe zdanie
wypowiedziane kilka razy przez Spider-Mana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz