piątek, 18 kwietnia 2014

3. Spotkanie

-Idzie człowiek ulicą, pyta się dlaczego mi słabo, reszta mojego życia jest taka ciężka, potrzebuję sesji zdjęciowej, potrzebuję zdjęcia na odkupienie, nie chcę skończyć jak kreskówka, na kreskówkowym cmentarzu…
Tym razem Maria nie wyłączała budzika, tylko wsłuchiwała się w muzykę. Nie spała już od jakiegoś czasu.
Nagle poderwała się z łóżka i zaczęła tańczyć. Skakała po podłodze, kręciła się w miejscu w szaleńczym tempie i wyła razem z Paulem Simonem:
-Możesz nazywaaać mnie Aaal!
W końcu budzik się wyłączył, a Maria wybuchła śmiechem. Dawno nie była w tak dobrym humorze. Odwróciła się, żeby posłać łóżko, a jej wzrok przebiegł przez okno. Nagle zdała sobie sprawę z tego, co za nim zauważyła i ponownie spojrzała w tamtą stronę. Przyglądał jej się sąsiad z naprzeciwka. Chyba nie widział jej najlepiej, bo oddzielała ich cała ulica, ale z pewnością dostrzegł jej dziki taniec w skąpej koszuli nocnej… Mężczyzna wciąż wpatrywał się w nią z ciekawością, najwyraźniej nieświadom, że go widzi. Dopiero, gdy Maria podeszła do okna, zrobił zmieszaną minę i zaczął udawać, że podlewa kwiatki, ale ona tylko pomachała do niego i uśmiechnęła się radośnie. Sąsiad odmachał ze zdziwioną miną.
Maria ponownie zaśmiała się, wracając do ścielenia łóżka. Nic nie mogło zepsuć jej dzisiaj humoru.
Ruszyła do pokoju obok i szturchnęła kilka razy śpiącą w nim blondynkę.
-Eleanor, wstawaj! Musisz mi pomóc, zapomniałaś?!
-Jeszcze pięć minut- mruknęła tamta i nakryła sobie głowę poduszką.
-Jak tam chcesz… Zrobię nam jajecznice- odparła Maria i wstała z brzegu jej łóżka.
-Dobra- mruknęła zaspana Eleanor. –I mam jeszcze prośbę.
-Jaką, Elle?
-Zmień ten cholerny dzwonek…
Maria zaśmiała się („Który to już raz dzisiaj, a jeszcze nie minęła ósma?”) i ruszyła do kuchni.
Kiedy wbijała jajka na rozgrzaną patelnie, rozmyślała o czekającym ją dniu i niezbyt skupiała się na tym, co robi, dlatego w jajecznicy znalazło się potem pełno drobnych fragmentów skorupek. Dla Marii był to jednak najmniejszy problem na świecie- dziś spotykała się z Kingsleyem Shackleboltem i musiała być perfekcyjnie przygotowana. Dlatego właśnie poprosiła o pomoc swoją najlepszą przyjaciółkę, Eleanor Stewart. Znała ją już od wielu lat i była to prawdopodobnie jedyna osoba, na której naprawdę mogła polegać. „Taką mam przynajmniej nadzieję”- pomyślała, dodając do jajecznicy pokrojoną w kostkę szynkę.
Po chwili w kuchni zjawiła się Eleanor, trąc rozczochrane włosy.
-Ładnie pa-aaa-chnie- stwierdziła, ziewając potężnie.
-Posłuchaj, Elle- zaczęła rzeczowym tonem, kiedy tylko jej przyjaciółka usiadła przy stole. -Rozmyślałam o tym pół nocy i uznałam, że ten krwistoczerwony jest jednak zbyt wyzywający. Ale generalnie czerwień to jest to! Dlatego wciąż obstaję przy tym koralowym, który ci pokazywałam…
-O czym ty mówisz?- zapytała zdziwiona Eleanor.
-Jak to o czym?!- zawołała przerażona Maria, odwracając się od kuchenki. –O moim lakierze do paznokci! Och, nie wierzę, że mogłaś o tym zapomnieć! Idę dzisiaj na ważną randkę, to może być jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim…
-Une, -przerwała Eleanor, wyliczając po francusku, jak to miała w zwyczaju, kiedy chciała coś komuś dokładnie wytłumaczyć- wrzuć na luz, dziewczyno. Zawsze, kiedy się denerwujesz, stajesz się okropną perfekcjonistką. Deux, to tak naprawdę wcale nie jest randka. Ten cały Quinsley…
-Kingsley- poprawiła odruchowa Maria.
-A niech się nazywa jak chce! Grunt, że on wcale nie napisał, że to randka. Po prostu poprosił o spotkanie. Może chce omówić z tobą jakiś projekt do pracy? I trois, jestem za tym krwistoczerwonym lakierem.
Maria nachmurzyła się. Eleanor wypowiedziała na głos jej obawy. Bo co jeśli on naprawdę chce tylko pokazać jej jakieś nowe oświadczenie prasowe czy coś w tym rodzaju? Zdążyła już pogodzić się z dziwnym sposobem, w jaki otrzymała od niego wiadomość. Uznała, że Kingsley po prostu zmyślnie poskładał karteczkę i puścił ją w lot, jak samolocik. A czemu nigdzie w pobliżu go nie było? I na to Maria znalazła proste wytłumaczenie- musiał schować się za jakąś ścianą czy kolumną. Ta myśl podniosła ją nieco na duchu.
-O projekcie mógłby ze mną porozmawiać w pracy, przy Olivii i tej drugiej dziewczynie- zauważyła.
-Niby tak- odparła Eleanor znad swojej jajecznicy. –Ale teraz się skupmy, mamy naprawdę niewiele czasu, żeby cię ładnie ubrać, uczesać i wymalować, a to zajmie nam chwilę…
-Masz rację- zgodziła się Maria i zaczęła jeść szybciej.
***
Dzień ciągnął się jak makaron. Marii jeszcze nigdy nie było trudniej wysiedzieć w pracy. W ogóle nie skupiała się na potwierdzeniach, które miała tego dnia napisać. Ciągle oglądała się tylko w lewo, mając nadzieję zobaczyć przechodzącego korytarzem Kingsleya. On jednak musiał być w swoim gabinecie, bo nigdzie go nie dostrzegała…
-W południowo-zachodniej Anglii przeszedł huragan, a nie bałagan.  I podejrzewam, że zniszczył sieć elektryczną, a nie muzyczną… Maria, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Wzdrygnęła się i obejrzała za siebie. Olivia zaglądała przez ramię na jeden z jej tekstów.
-Co? Och, tak, faktycznie… zaraz to poprawię…
Olivia pociągnęła kilka razy nosem.
-Ładne perfumy… Wyczuwam piżmo?
-I olejek lawendowy- odpowiedziała Maria, rada, że zapach jej się podoba.
-Nieźle, dziewczyno! Nigdy jeszcze nie widziałam cię w tak… kobiecym wydaniu!- pokiwała z uznaniem głową, mierząc ją od stóp do głów. Zatrzymała na dłużej wzrok na niebotycznie wręcz wysokich szpilkach i spódniczce sięgającej tylko trochę za kolano. Jak na obowiązujący w ich pracy dress code, można  było powiedzieć, że Maria ubrała się wręcz wyzywająco.
-Chyba nie ma sensu pytać cię, dlaczego się tak dzisiaj odstawiłaś, co?
Maria uśmiechnęła się do niej.
-Nie, nie ma.
-Rozumiem- odpowiedziała konspiracyjnym szeptem Olivia i wróciła do swojego biurka.
Uwagi koleżanki bynajmniej nie poprawiły Marii humoru. Teraz poczuła się ona jeszcze mniej pewna siebie, przekonana, że w przygotowanych przez Eleanor ubraniach wygląda po prostu śmiesznie i kompletnie nie na miejscu. Szczególnie stresowała się swoimi obcasami, bo nietrudno w nich było o upadek. Zastanawiała się również, dlaczego przyjaciółka kazała jej włożyć najlepszą bieliznę.
-Sama powiedziałaś przecież, że to może być zwykłe, koleżeńskie spotkanie- oburzyła się, cała zarumieniona.
-Nigdy nie wiesz jak jest. A poza tym, mając na sobie ładną odzież, czujesz się piękniejsza i pewniejsza siebie. To coś w rodzaju talizmanu.
Maria sama nie wiedziała już, dlaczego się na to zgodziła. Czuła, że to co robi, to jakieś szaleństwo, ale z drugiej strony bardzo cieszyła  się z czekającego ją spotkania. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo była zdenerwowana i radosna zarazem, aż trudno było uwierzyć, że wreszcie doczekała wieczoru. Jej współpracowniczki już się z nią pożegnały, a korytarzem przebiegającym koło ich biura coraz więcej osób zmierzało w stronę drzwi wyjściowych. Wkrótce w budynku pozostała tylko ona, ochroniarze i kilku największych pracoholików, zamkniętych szczelnie w swoich biurach.
Maria zerknęła na zegarek- wpół do jedenastej. „Och, z jaką chęcią napiłabym się teraz czegoś mocniejszego”- pomyślała tęsknie.
Przypomniał jej się wczorajszy wieczór, kiedy na zewnątrz również było już ciemno, a jej biuro oświetlały tylko lampy osadzone w kinkietach na ścianach, dające mocne, lecz nieco upiorne światło. Dziś było podobnie. Maria wzdrygnęła się, kiedy odtworzyła sobie w głowie pyknięcie, które wtedy usłyszała… Wmówiła sobie, że musiało pochodzić od jednego z zaparkowanych na Downing Street samochodów, ale teraz nie była już tego taka pewna. Im więcej sobie przypominała, tym bardziej była pewna, że odgłos musiał pochodzić zza filaru stojącego po przekątnej względem jej biurka. Podeszła tam, ale nie zauważyła niczego niezwykłego. Boazeria i drewno, którymi obity był filar, wyglądały zupełnie normalnie…
-Maria?- usłyszała za sobą głos, który, bez żadnych wątpliwości, należał do Kingsleya Shaklebolta.
Odwróciła się szybko.
-Tak… to ja-odpowiedziała i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, jak dziwnie musiało to zabrzmieć. „Idiotka”- skarciła się w duchu, ale nie umiała wymyśleć żadnej gorszej obelgi dla swojej głupoty, bo za bardzo skupiła się na Kingsleyu.
Miał na sobie prosty garnitur, a w dłoniach trzymał skromny, choć wdzięczny bukiet niebieskich irysów. Podał jej go, uśmiechając się.
-Ojej… dziękuje. Nie trzeba było- odpowiedziała Maria, choć tym razem udało jej się nie zarumienić. Kingsley nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko nieco szerzej. Wpatrywali się w siebie przez chwilę, oboje z nerwowymi uśmieszkami na twarzach, powstrzymując śmiech. Atmosfera w biurze była tak napięta, że gdyby ktoś wypuścił w nim teraz strzałę, z pewnością utknęłaby ona w powietrzu. W końcu Maria odezwała się:
-A więc… chciałeś się ze mną spotkać.
Kingsley patrzył na nią, jakby nie umiał do końca zebrać myśli.
-Tak- odpowiedział jedynie, a Maria poczuła, że już dłużej nie będzie się w stanie opierać temu spokojnemu, wyważonemu głosowi… Skupiła się jednak, aby pozostać w miejscu i poprowadzić dalej konwersację.
-Dlaczego?
-Cóż…- zaczął powoli. –Oficjalnie miałem tylko ci tylko przekazać, że premier odwołał tą jutrzejszą konferencję w Bristolu.
Zrobił dwa niepewne kroki w jej stronę.
-A nieoficjalnie?- zapytała Maria dziwnym, łamiącym się głosem.
-A nieoficjalnie…
Tym razem to ona zrobiła krok w jego stronę. Machinalnie odłożyła kwiaty na biurko. Zaschło jej w ustach. Kingsley był już tak blisko, że musiała zadrzeć głowę w górę, aby patrzeć mu w oczy. Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę.
Ocierali się już o siebie fragmentami ubrań, kiedy Shacklebolt szepnął:
-Obiecałem, że nie będę nachalny.
Maria uśmiechnęła się nieznacznie.
-Nie jesteś- odparła bardzo cicho.
Niedługo później błogosławiła już w duchu Eleonor i jej pomysł z talizmanem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz