-Idzie człowiek ulicą, pyta się dlaczego mi słabo, reszta
mojego życia jest taka ciężka, potrzebuję sesji zdjęciowej, potrzebuję zdjęcia
na odkupienie, nie chcę skończyć jak kreskówka, na kreskówkowym cmentarzu…
Tym razem Maria nie wyłączała budzika, tylko wsłuchiwała się
w muzykę. Nie spała już od jakiegoś czasu.
Nagle poderwała się z łóżka i zaczęła tańczyć. Skakała po
podłodze, kręciła się w miejscu w szaleńczym tempie i wyła razem z Paulem
Simonem:
-Możesz nazywaaać mnie Aaal!
W końcu budzik się wyłączył, a Maria wybuchła śmiechem.
Dawno nie była w tak dobrym humorze. Odwróciła się, żeby posłać łóżko, a jej
wzrok przebiegł przez okno. Nagle zdała sobie sprawę z tego, co za nim
zauważyła i ponownie spojrzała w tamtą stronę. Przyglądał jej się sąsiad z
naprzeciwka. Chyba nie widział jej najlepiej, bo oddzielała ich cała ulica, ale
z pewnością dostrzegł jej dziki taniec w skąpej koszuli nocnej… Mężczyzna wciąż
wpatrywał się w nią z ciekawością, najwyraźniej nieświadom, że go widzi.
Dopiero, gdy Maria podeszła do okna, zrobił zmieszaną minę i zaczął udawać, że
podlewa kwiatki, ale ona tylko pomachała do niego i uśmiechnęła się radośnie.
Sąsiad odmachał ze zdziwioną miną.
Maria ponownie zaśmiała się, wracając do ścielenia łóżka.
Nic nie mogło zepsuć jej dzisiaj humoru.
Ruszyła do pokoju obok i szturchnęła kilka razy śpiącą w nim
blondynkę.
-Eleanor, wstawaj! Musisz mi pomóc, zapomniałaś?!
-Jeszcze pięć minut- mruknęła tamta i nakryła sobie głowę
poduszką.
-Jak tam chcesz… Zrobię nam jajecznice- odparła Maria i
wstała z brzegu jej łóżka.
-Dobra- mruknęła zaspana Eleanor. –I mam jeszcze prośbę.
-Jaką, Elle?
-Zmień ten cholerny dzwonek…
Maria zaśmiała się („Który to już raz dzisiaj, a jeszcze nie
minęła ósma?”) i ruszyła do kuchni.
Kiedy wbijała jajka na rozgrzaną patelnie, rozmyślała o
czekającym ją dniu i niezbyt skupiała się na tym, co robi, dlatego w jajecznicy
znalazło się potem pełno drobnych fragmentów skorupek. Dla Marii był to jednak najmniejszy
problem na świecie- dziś spotykała się z Kingsleyem Shackleboltem i musiała być
perfekcyjnie przygotowana. Dlatego właśnie poprosiła o pomoc swoją najlepszą
przyjaciółkę, Eleanor Stewart. Znała ją już od wielu lat i była to
prawdopodobnie jedyna osoba, na której naprawdę mogła polegać. „Taką mam
przynajmniej nadzieję”- pomyślała, dodając do jajecznicy pokrojoną w kostkę
szynkę.
Po chwili w kuchni zjawiła się Eleanor, trąc rozczochrane
włosy.
-Ładnie pa-aaa-chnie- stwierdziła, ziewając potężnie.
-Posłuchaj, Elle- zaczęła rzeczowym tonem, kiedy tylko jej
przyjaciółka usiadła przy stole. -Rozmyślałam o tym pół nocy i uznałam, że ten
krwistoczerwony jest jednak zbyt wyzywający. Ale generalnie czerwień to jest
to! Dlatego wciąż obstaję przy tym koralowym, który ci pokazywałam…
-O czym ty mówisz?- zapytała zdziwiona Eleanor.
-Jak to o czym?!- zawołała przerażona Maria, odwracając się
od kuchenki. –O moim lakierze do paznokci! Och, nie wierzę, że mogłaś o tym
zapomnieć! Idę dzisiaj na ważną randkę, to może być jeden z najpiękniejszych
wieczorów w moim…
-Une, -przerwała
Eleanor, wyliczając po francusku, jak to miała w zwyczaju, kiedy chciała coś
komuś dokładnie wytłumaczyć- wrzuć na luz, dziewczyno. Zawsze, kiedy się
denerwujesz, stajesz się okropną perfekcjonistką. Deux, to tak naprawdę wcale nie jest randka. Ten cały Quinsley…
-Kingsley- poprawiła odruchowa Maria.
-A niech się nazywa jak chce! Grunt, że on wcale nie
napisał, że to randka. Po prostu poprosił o spotkanie. Może chce omówić z tobą
jakiś projekt do pracy? I trois,
jestem za tym krwistoczerwonym lakierem.
Maria nachmurzyła się. Eleanor wypowiedziała na głos jej
obawy. Bo co jeśli on naprawdę chce tylko pokazać jej jakieś nowe oświadczenie
prasowe czy coś w tym rodzaju? Zdążyła już pogodzić się z dziwnym sposobem, w
jaki otrzymała od niego wiadomość. Uznała, że Kingsley po prostu zmyślnie
poskładał karteczkę i puścił ją w lot, jak samolocik. A czemu nigdzie w pobliżu
go nie było? I na to Maria znalazła proste wytłumaczenie- musiał schować się za
jakąś ścianą czy kolumną. Ta myśl podniosła ją nieco na duchu.
-O projekcie mógłby ze mną porozmawiać w pracy, przy Olivii
i tej drugiej dziewczynie- zauważyła.
-Niby tak- odparła Eleanor znad swojej jajecznicy. –Ale
teraz się skupmy, mamy naprawdę niewiele czasu, żeby cię ładnie ubrać, uczesać
i wymalować, a to zajmie nam chwilę…
-Masz rację- zgodziła się Maria i zaczęła jeść szybciej.
***
Dzień ciągnął się jak makaron. Marii jeszcze nigdy nie było
trudniej wysiedzieć w pracy. W ogóle nie skupiała się na potwierdzeniach, które
miała tego dnia napisać. Ciągle oglądała się tylko w lewo, mając nadzieję
zobaczyć przechodzącego korytarzem Kingsleya. On jednak musiał być w swoim
gabinecie, bo nigdzie go nie dostrzegała…
-W południowo-zachodniej Anglii przeszedł huragan, a nie
bałagan. I podejrzewam, że zniszczył
sieć elektryczną, a nie muzyczną… Maria, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Wzdrygnęła się i obejrzała za siebie. Olivia zaglądała przez
ramię na jeden z jej tekstów.
-Co? Och, tak, faktycznie… zaraz to poprawię…
Olivia pociągnęła kilka razy nosem.
-Ładne perfumy… Wyczuwam piżmo?
-I olejek lawendowy- odpowiedziała Maria, rada, że zapach
jej się podoba.
-Nieźle, dziewczyno! Nigdy jeszcze nie widziałam cię w tak…
kobiecym wydaniu!- pokiwała z uznaniem głową, mierząc ją od stóp do głów.
Zatrzymała na dłużej wzrok na niebotycznie wręcz wysokich szpilkach i
spódniczce sięgającej tylko trochę za kolano. Jak na obowiązujący w ich pracy dress code, można było powiedzieć, że Maria ubrała się wręcz
wyzywająco.
-Chyba nie ma sensu pytać cię, dlaczego się tak dzisiaj
odstawiłaś, co?
Maria uśmiechnęła się do niej.
-Nie, nie ma.
-Rozumiem- odpowiedziała konspiracyjnym szeptem Olivia i
wróciła do swojego biurka.
Uwagi koleżanki bynajmniej nie poprawiły Marii humoru. Teraz
poczuła się ona jeszcze mniej pewna siebie, przekonana, że w przygotowanych przez
Eleanor ubraniach wygląda po prostu śmiesznie i kompletnie nie na miejscu.
Szczególnie stresowała się swoimi obcasami, bo nietrudno w nich było o upadek.
Zastanawiała się również, dlaczego przyjaciółka kazała jej włożyć najlepszą
bieliznę.
-Sama powiedziałaś przecież, że to może być zwykłe,
koleżeńskie spotkanie- oburzyła się, cała zarumieniona.
-Nigdy nie wiesz jak jest. A poza tym, mając na sobie ładną
odzież, czujesz się piękniejsza i pewniejsza siebie. To coś w rodzaju
talizmanu.
Maria sama nie wiedziała już, dlaczego się na to zgodziła.
Czuła, że to co robi, to jakieś szaleństwo, ale z drugiej strony bardzo
cieszyła się z czekającego ją spotkania.
Biorąc pod uwagę to, jak bardzo była zdenerwowana i radosna zarazem, aż trudno
było uwierzyć, że wreszcie doczekała wieczoru. Jej współpracowniczki już się z
nią pożegnały, a korytarzem przebiegającym koło ich biura coraz więcej osób
zmierzało w stronę drzwi wyjściowych. Wkrótce w budynku pozostała tylko ona,
ochroniarze i kilku największych pracoholików, zamkniętych szczelnie w swoich
biurach.
Maria zerknęła na zegarek- wpół do jedenastej. „Och, z jaką
chęcią napiłabym się teraz czegoś mocniejszego”- pomyślała tęsknie.
Przypomniał jej się wczorajszy wieczór, kiedy na zewnątrz
również było już ciemno, a jej biuro oświetlały tylko lampy osadzone w
kinkietach na ścianach, dające mocne, lecz nieco upiorne światło. Dziś było
podobnie. Maria wzdrygnęła się, kiedy odtworzyła sobie w głowie pyknięcie,
które wtedy usłyszała… Wmówiła sobie, że musiało pochodzić od jednego z
zaparkowanych na Downing Street samochodów, ale teraz nie była już tego taka
pewna. Im więcej sobie przypominała, tym bardziej była pewna, że odgłos musiał
pochodzić zza filaru stojącego po przekątnej względem jej biurka. Podeszła tam,
ale nie zauważyła niczego niezwykłego. Boazeria i drewno, którymi obity był
filar, wyglądały zupełnie normalnie…
-Maria?- usłyszała za sobą głos, który, bez żadnych
wątpliwości, należał do Kingsleya Shaklebolta.
Odwróciła się szybko.
-Tak… to ja-odpowiedziała i dopiero po chwili zdała sobie
sprawę, jak dziwnie musiało to zabrzmieć. „Idiotka”- skarciła się w duchu, ale
nie umiała wymyśleć żadnej gorszej obelgi dla swojej głupoty, bo za bardzo
skupiła się na Kingsleyu.
Miał na sobie prosty garnitur, a w dłoniach trzymał skromny,
choć wdzięczny bukiet niebieskich irysów. Podał jej go, uśmiechając się.
-Ojej… dziękuje. Nie trzeba było- odpowiedziała Maria, choć
tym razem udało jej się nie zarumienić. Kingsley nie odpowiedział, uśmiechnął
się tylko nieco szerzej. Wpatrywali się w siebie przez chwilę, oboje z
nerwowymi uśmieszkami na twarzach, powstrzymując śmiech. Atmosfera w biurze
była tak napięta, że gdyby ktoś wypuścił w nim teraz strzałę, z pewnością
utknęłaby ona w powietrzu. W końcu Maria odezwała się:
-A więc… chciałeś się ze mną spotkać.
Kingsley patrzył na nią, jakby nie umiał do końca zebrać
myśli.
-Tak- odpowiedział jedynie, a Maria poczuła, że już dłużej
nie będzie się w stanie opierać temu spokojnemu, wyważonemu głosowi… Skupiła
się jednak, aby pozostać w miejscu i poprowadzić dalej konwersację.
-Dlaczego?
-Cóż…- zaczął powoli. –Oficjalnie miałem tylko ci tylko
przekazać, że premier odwołał tą jutrzejszą konferencję w Bristolu.
Zrobił dwa niepewne kroki w jej stronę.
-A nieoficjalnie?- zapytała Maria dziwnym, łamiącym się
głosem.
-A nieoficjalnie…
Tym razem to ona zrobiła krok w jego stronę. Machinalnie
odłożyła kwiaty na biurko. Zaschło jej w ustach. Kingsley był już tak blisko,
że musiała zadrzeć głowę w górę, aby patrzeć mu w oczy. Nie wierzyła, że to się
dzieje naprawdę.
Ocierali się już o siebie fragmentami ubrań, kiedy
Shacklebolt szepnął:
-Obiecałem, że nie będę nachalny.
Maria uśmiechnęła się nieznacznie.
-Nie jesteś- odparła bardzo cicho.
Niedługo później błogosławiła już w duchu Eleonor i jej
pomysł z talizmanem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz