piątek, 18 kwietnia 2014

6. Świąteczne niespodzianki

Jestem czarodziejem.
Te słowa błyszczały jasno w umyśle Marii, jakby ktoś wykłuł je tam świetlistym dłutem. Rozważała ich treść, szukając ukrytych znaczeń, analizowała każdą sylabę…
I nic.
Nie roześmiała się. Wiedziała, że to, co usłyszała, jest prawdą. Podświadomie czuła, że tylko magia mogła stanowić wyjaśnienie dla tych wszystkich dziwnych rzeczy, które się ostatnio działy…
Tymczasem Kingsley nie przestawał mówić. Mózg Marii pracował na coraz szybszych obrotach, kiedy słyszała o czarodziejach i mugolach, osobach niemagicznych. Gdy opowiadał jej o potężnym czarnoksiężniku zwanym Voldemortem, o jego poplecznikach, śmieciożercach („A może to brzmiało jakoś inaczej”) i o chłopcu imieniem Harry Potter, miała wrażenie, że jej umysł za chwilę eksploduje. Jednak prawdziwe gorąco ogarnęło ją, kiedy Kingsley opisywał jej jak działa Ministerstwo Magii i szkoła dla młodych czarodziejów, Hogwart. Wymieniał coraz to nowe nazwy, opisywał jak wyglądają różdżki… W pewnym momencie zaprezentował jej swoją- odsunęła się z przerażeniem, zdając sobie sprawę, że jest to ten sam przedmiot, który widziała u niego w ręku wtedy, w gabinecie premiera.
-Spokojnie. Nic ci nie zrobię- powiedział Kingsley.
-Rozpaliłeś tym ogień- rzekła, wciąż wpatrując się w drewniany, podłużny obiekt, przypominający trochę krótką batutę. – A w kominku nie było wkładu- dodała, przypominając sobie słowa szefa rządu.
-Proste zaklęcie Incendio- wzruszył ramionami.
Maria poczuła, że kręci jej się w głowie. „Zaklęcia…”
-Wszystko w porządku? Wiesz, myślę, że powinnaś odpocząć. Za dużo tego, jak na jeden dzień.
Widząc, że Maria nie ma siły, aby podnieść się z kanapy, podniósł ją niczym małe dziecko. Zarzuciła mu ręce na szyję, wtulając się w jego tors. Miała wrażenie, ze zaraz zemdleje. Po chwili poczuła, że znalazła się w łóżku i ostrożnie otworzyła oczy. Zauważyła dużą postać ciemniejącą na tle otwartych drzwi.
-Kingsley?- wyszeptała.
Postać przystanęła.
-Tak?
Maria odczekała chwilę, zbierając siły i oddech. A potem rzuciła w ciemność:
-Zostań ze mną.
***
Jesień nie była tego roku długa. Liście nie mieniły się ciepłymi barwami, jaśniejąc pogodnie w promieniach ciepłego słońca, lecz bezprecedensowo opadły na ziemię, niczym na komendę. Już pod koniec października spadł pierwszy śnieg, co nie poprawiło humoru, i tak już zresztą zdołowanym, Londyńczykom. Maria wiedziała teraz, że te anomalia pogodowe są wynikiem obecności stale mnożących się dementorów, których ona i reszta mugoli nie dostrzegali. Zresztą, sądząc z opisu Kingsleya, Maria wcale nie uważała tego za coś złego.
Uczyła się coraz więcej i coraz lepiej poznawała świat czarodziejów. Rozróżniała już pojedyncze zaklęcia, a z okazji nadejścia szóstego grudnia dostała od Kingsleya cudowną książkę traktującą o historii magii.
Nareszcie czuła, że układanka jest kompletna. Istnienie świata czarów było odpowiedzią na wiele dręczących ja pytań. Ostatnio, na przykład, Eleanor opowiadała jej o swoich rozterkach z kluczami:
-Doprawdy, nie mam pojęcia gdzie je znowu posiałam!  Już kolejny raz musiałam wymieniać zamki! Mam wrażenie, że dosłownie znikają mi w torebce- żaliła się.
Kiedyś Maria nie dostrzegła by w tym stwierdzeniu niczego dziwnego, ale teraz była już mądrzejsza. Opowiedziała o wszystkim Kingsleyowi podczas jednego ze wspólnych obiadów.
-No cóż- zaczął, ocierając usta serwetką. –To mogą być znikające klucze, idiotyczna, antymugolska sztuczka, zaklęcie kurczące… Niektórzy czarodzieje- powiedział z wyraźną pogardą- uważają, że to bardzo śmieszne… poproszę mojego przyjaciela, Artura Weasleya, żeby rzucił na to okiem. Powinien się na tym znać, jeszcze niedawno pracował w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli.
Od tamtej pory Eleanor nigdy nie skarżyła się już w sprawie zmieniania zamków, ale Maria nie była wcale pewna, czy to sprawka nieznanego jej pana Weasleya. „Być może Elle stała się po prostu bardziej uważna?”- zastanawiała się, obserwując jak Kingsley jednym machnięciem różdżki czyści prysznic. Z każdym dniem odkrywała kolejne plusy umawiania się z czarodziejem.
Kingsley i Maria nie powiedzieli jeszcze nikomu, że są parą. Choć Maria nalegała na to przez jakiś, wkrótce dała sobie spokój, bo w odpowiedzi wiecznie słyszała coś w stylu:
-Zrozum, Maria, jestem członkiem Zakonu Feniksa. My i bliskie nam osoby jesteśmy w stałym niebezpieczeństwie. Im dłużej śmierciożercy nie wiedzą o twoim istnieniu, tym lepiej.
***
W ich pierwsze, wspólne święta długo siedzieli przy stole, śmiejąc się, kosztując przygotowanych przez siebie potraw oraz rozrywając cukierki- niespodzianki. Kingsley stwierdził jednak, że mugolskie słodycze są nudne i postanowił przedstawić Marii przysmaki znane z jego dzieciństwa.
-Zaraz wracam- rzekł, po czym cmoknął ją w policzek i zniknął z donośnym pyknięciem.
Maria nadal nie lubiła odgłosu towarzyszącego teleportacji i aportacji. Choć wiele dowiedziała się już o tej metodzie podróżowania, nadal kojarzyła jej się ona tylko z dziwacznym odgłosem, który usłyszała, zanim odnalazła liścik Kingsleya. Notabene, dowiedziała się również więcej na temat owego liściku- został zaczarowany zaklęciem lewitującym („Windgardium Leviosa”- przypomniała sobie z satysfakcją), a wcześniej odpowiednio przetransmitowany tak, aby przypominał motyla. Maria wciąż nie wiedziała, dlaczego Kingsley tak się z tym nagimnastykował, zamiast zwyczajnie położyć kartkę na jej biurku, ale w końcu uznała, że czarodzieje mają swoje dziwactwa.
Czekała na powrót Shacklebolta, rozmyślając, jak zacząć z nim rozmowę na temat, który od dawna chciała poruszyć. Kiedy w jej głowie rozrysował się już zarys planu, usłyszała donośne pyknięcie. Choć się go spodziewała , i tak nie dała rady powstrzymać się przed trąceniem łokciem sosjerki. Kingsley był zarumieniony z zimna, a w rękach trzymał pełno opakowań najróżniejszych produktów, mieniących się lśniącymi etykietami. Udało mu się nawet przynieść ze sobą butelkę jakiegoś trunku.
-Pomożesz mi?- zapytał zza sterty produktów.
Maria wyjęła mu z rąk elegancką butelkę i kilka łakoci, rozstawiając je na stole. Za to Kingsley wyciągnął z kieszeni różdżkę i jednym machnięciem sprzątnął ze stołu cały rozlany sos. Chuchnął sobie na dłonie, rozcierając je z zimna.
-Gdzie byłeś?- zapytała Maria, podziwiając leżące przed nią słodycze.
-W Hogsmeade, na północ stąd. Jest tam bardzo słynny sklep, Miodowe Królestwo. Wstąpiłem też do Trzech Mioteł i kupiłem nam Ognistą Whiskey Odgena. Co ty na to?
Uśmiechnęła się do niego i podniosła ze stołu najbliższe opakowanie.
-Co to takiego?
Teraz to Kingsley się do niej wyszczerzył.
-To lodowe kulki. Spróbuj- zachęcił.
Maria wyjęła z opakowania jedną, małą, idealnie okrągłą kulkę o jasnoniebieskim zabarwieniu. Wzięła ją ostrożnie do ust.
Nagle poczuła cudowne uczucie nieważkości, jej płuca napełniły się chłodnym powietrzem, stopy oderwały się od podłoża…
Wypluła kulkę, która potoczyła się po stole, a sama wylądowała z powrotem na dywanie. Oddychała głęboko, próbując się uspokoić, podczas gdy Kingsley śmiał się do rozpuku.
-To nie jest śmieszne!- zawołała, choć w rzeczywistości lodowe kulki bardzo jej się spodobały.
-A to?- wskazała, próbując zachować powagę.
-Fasolki Wszystkich Smaków Bertie’ego Botta.
-My, mugole, też mamy takie fasolki- wzruszyła ramionami.
Ku jej zdumieniu, Kingsley znowu się uśmiechnął.
-Nie sądzę. Spróbuj. No dalej, nie uniesiesz się po tym powietrze- zachęcił, widząc jej niepewny wzrok.
Tym razem Maria była ostrożniejsza i tylko lekko polizała losowo wybraną fasolkę o brązowym kolorze. Od razu się skrzywiła.
-Blee… To smakuje zupełnie jak… ziemia! Ojej, widzę, że producent nie kłamał, pisząc, że są wszystkich smaków.
-Dokładnie- pokiwał głową Kingsley.- Zapomniałem już, że magiczny świat może być źródłem takiej radości… Ostatnio czarodzieje skupiają się na walce z Voldemortem i generalnie na przeżyciu. Wielu z nich nie pamięta już o takich codziennych dobrach jak słodycze…
-Współczuję wam. Tej wojny i w ogóle- szepnęła Maria.
-Nie współczuj. Jeśli nic nie ulegnie zmianie, wkrótce obejmie ona i wasz świat- stwierdził poważnie Kingsley.
-A co z tym chłopcem? Harrym Potterem? Nazywają go przecież Wybrańcem, prawda?- zapytała, przypominając sobie ich niedawną rozmowę.
Kingsley westchnął.
-To nie takie proste… Harry jest jeszcze w szkole, a ludzie pokładają w nim wielkie nadzieje…
-To musi być bardzo trudne dla szesnastoletniego chłopca- zauważyła Maria.
-Tak, z pewnością…
Kiedy wypili po kieliszku Ognistej Whiskey (bardzo mocnego, ale i bardzo dobrego trunku), Maria powiedziała sobie w myślach: „Teraz albo nigdy”.
-Kingsley?- zagadnęła.
-Yhym?
-Tak sobie myślę… Myślisz, że mogłabym się dostać do Hogwartu?
Kingsley spojrzał na nią z zaskoczeniem.
-Obawiam się, że nie. To znaczy… sama rozumiesz. Jesteś mugolką i…
-Och, nie o to mi chodzi- przerwała mu.- Ja chciałabym tylko… zobaczyć. Jak tam jest.
Tym razem mężczyzna namyślał się przez dłuższy czas.
-Cóż… Teoretycznie rzecz biorąc, kiedy mugol znajduje się przy Hogwarcie, widzi same ruiny. Jednak w sumie mogłabyś przejść przez linię wyznaczoną za pomocą zaklęcia Repello Muggletum… Ale nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.
-Dlaczego?- zapytała zawiedziona Maria.
-W innych, bezpieczniejszych czasach na pewno przyjęto by cię tam z otwartymi ramionami, pokazano by ci szkołę, gdybym za ciebie poręczył… Dzisiaj jednak wszyscy są podejrzliwi. Mogliby uznać, że to jakaś niebezpieczna sztuczka.
-A gdybym? No wiesz… dostała się tam niezauważenie? Mówiłeś kiedyś, ze możesz wypożyczyć z pracy pelerynę niewidkę i…
-Maria- powiedział Kingsley, używając swojego przywódczego tonu i patrząc na nią z troską. –To bardzo, bardzo zły pomysł.
Przez chwilę tkwili w milczeniu.
-No cóż- zaczęła po pewnym czasie Maria. –Chyba masz rację. Ja po prostu… myślałam, że może w ramach prezentu świątecznego mogłabym poznać trochę magicznego świata… Tak o nim marzę- westchnęła.
Kingsley spojrzał na nią, a na jego twarzy błąkało się jakieś nieokreślone uczucie.
-Wiesz- rzucił w końcu. –Hogwart to trochę za dużo, ale kto wie… Może, gdybyś założyła pelerynę… i gdybyś trzymała się cały czas blisko mnie… Wtedy może moglibyśmy zrobić szybki spacer wzdłuż Pokątnej…
Maria rzuciła mu się na szyję.
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję!- wołała, obcałowując każdy kawałek jego twarzy. Kingsley powstrzymał ją i spojrzał jej głęboko w oczy. Odgarnął jej włosy za ucho, jakby nasycając się jej widokiem. A potem westchnął i rzucił z lekkim uśmiechem:

-A łudziłem się, że te złote kolczyki ci wystarczą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz