piątek, 18 kwietnia 2014

2. Purpurowy motyl

Wydawało się wręcz nieprawdopodobne, aby pogoda zepsuła się aż tak bardzo, jak to uczyniła, kiedy Maria jechała metrem. O ile wcześniej było zwyczajnie pochmurno, teraz zrobiło się naprawdę brzydko. Wokół roztaczała się jakaś złowroga, ponura aura. Dodatkowo, kiedy Maria przechodziła obok katedry Westminster, nastała nienaturalna ciemność, choć było dopiero trochę po siódmej rano. Ogarnęło ją wtedy dziwne, bliżej niesprecyzowane uczucie.. zupełnie jakby już nigdy nie miała być szczęśliwa. Przypomniały jej się straszne rzeczy, zobaczyła ponownie twarz swojej, osłabionej chorobą, matki, kiedy wypowiadała do niej ostatnie słowa…
Dlatego Maria ucieszyła się, kiedy chwilę później skręciła w inną ulicę, a dziwne uczucie znacznie osłabło. I choć niebo wciąż było szare, teraz przynajmniej nie było nienaturalnie ciemno i nawet słońce wychylało się nieśmiało zza chmur.  Odetchnęła z ulgą.
Ostatnio wiele osób skarżyło się na napady złego samopoczucia, a depresja rozprzestrzeniała się w Anglii jak grypa. Większość specjalistów obarczała winą wyjątkowo kiepską tego lata pogodę, ale skąd z kolei brała się ów pogoda… Tego już nikt nie umiał wytłumaczyć.
Kiedy Maria dotarła do pracy, była porządnie zziębnięta. Dlatego poczuła falę sympatii wobec jednej ze swoich współpracowniczek, Olivii, kiedy ta zaproponowała zaparzenie jej kawy.
-Och, byłabym bardzo wdzięczna- odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-Nie ma sprawy. Prawdę mówiąc, wyglądasz na zmizerowaną- stwierdziła krytycznie Olivia.
-To przez tą pogodę. Zaraz mi przejdzie. Tymczasem… czy premier przysłał ci już to orzeczenie na temat mostu Brockdale?
-Jeszcze nie- westchnęła Olivia. –Ale Kingsley- serce Marii zabiło mocniej- obiecał, że się tym zajmie, a wiesz jak to z nim jest… Robota pali mu się w rękach. Zupełnie nie wiem, jak on to robi… Też chciałabym tak umieć. I być ulubienicą premiera- dodała po chwili, a w jej głosie zabrzmiała marzycielska nuta.
Maria zaśmiała się.
-A któżby nie chciał?
Potem nie znalazły już zbyt wiele czasu na pogaduszki, bo obydwie miały pełno pracy. Ostatnio w Wielkiej Brytanii działy się dziwne rzeczy, a one, jako rzeczniczki prasowe premiera, musiały tłumaczyć te zjawiska dziennikarzom. Problem polegał na tym, że niektórych z tych rzeczy po prostu nie dało się naturalnie wyjaśnić. „Co mogę powiedzieć wyborcom w sprawie mostu Brockdale, skoro sama nie rozumiem jak taki, zupełnie nowy, most zwyczajnie się zawalił?”- myślała Maria, pocierając knykciami skronie, jak zawsze, gdy się nad czymś usilnie zastanawiała. Nie był to jej jedyny problem. Dziennikarze coraz śmielej pytali również o huragan w południowo-zachodniej Anglii, śmierć Amelii Bones i Emmelie Vance, a także dziwne zachowanie Herberta Chorley, podsekretarza stanu. Redaktorzy gazet i przeciwnicy polityczni premiera zaczynali oskarżać go o te wszystkie, okropne wydarzenia, a choć Maria zawsze była mu wierna, ją samą to wszystko zaczynało dziwić…
Z zamyślenia wyrwał ją głos. Ten sam głos, który ostatnio słyszała w swoim śnie…
-Tu jest to orzeczenie do prasy, o które prosiłaś, a tutaj odpowiedź dla Sunday Post. Miałem napisać tylko wstęp, ale znalazłem trochę wolnego czasu i jest już gotowa. Wystarczy, że prześlesz to do redakcji- mówił Kingsley, odwrócony w stronę biurka Olivii. Maria patrzyła z zachwytem na jego wysportowaną sylwetkę, ale z jeszcze większą rozkoszą słuchała jego kojącego, głębokiego głosu. Gdyby ten głos powiedział jej, że ma zabić, zastanawiałaby się już tylko jaką broń wybrać. „Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielka potęga tkwi w charyzmatycznym głosie”-  stwierdziła Maria. Jej myśli przypominały rzekę, płynącą leniwie i ospale, tą samą, po której płynęli w jej śnie…
Kingsely odwrócił się i pospiesznie ruszył w stronę wyjścia.
-Już idziesz?- zapytała, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi.
Nie zignorował jej pytania. W połowie drogi do drzwi odwrócił się i spojrzał na nią z nieprzeniknioną twarzą, choć Marii wydawało się, że w jego oczach dostrzegła błysk zadowolenia. A może tylko jej się zdawało?
-Tak. Już idę, mam jeszcze parę spraw do załatwienie. Ale premier oczekuje mnie tutaj o czwartej, więc… jeszcze się spotkamy- po czym mrugnął do niej i wyszedł.
Coś ciepłego rozlało się w okolicach żołądka Marii. „Mrugnął do mnie!”.
Usłyszała stłumiony chichot Olivii.
-Co?- zapytała zawstydzona, próbując jednak dzielnie zachować resztki godności. Musiała wyglądać strasznie, z tym jej rozmarzonym spojrzeniem.
-Nic, tylko…- Olivia uniosła zadziornie brwi. –Coś jest między wami? Między tobą a Shackleboltem?
Maria parsknęła.
-No coś ty. W życiu.
-Na pewno? Bo wiesz… inaczej ja byłabym zainteresowana- szepnęła z uśmiechem.
-Wracajmy do pracy, Liv. Szef się wkurzy, jak zobaczy, że plotkujemy.
Ale miała wrażenie, że Olivia wciąż się śmiała, przeglądając stertę dokumentów leżących na swoim biurku.
***
Około czwartej Maria postanowiła zrobić sobie przerwę na lunch. Przeżuwała sałatkę, rozmyślając o rzeczach bardziej lub mniej ważnych. Wciąż jednak na wierzch jej myśli wypływała twarz Kingsleya. Tajemniczy błysk w jego oczach, uśmiech rozkwitły na ustach…
Sama nie wiedziała, kiedy tak naprawdę poczuła coś więcej wobec swojego współpracownika. Podobało jej się, że jest taki pracowity i zaradny, czuła się przy nim bezpiecznie. Z tych krótkich rozmów, jakie z nim przeprowadziła, wynikało, że jest również inteligentny. Poza tym, co tu kryć, pociągał ją także fizycznie. Był przystojny i umięśniony, podobała jej się również jego ciemna karnacja. Jednak w Kingsleyu było coś jeszcze… Maria nie potrafiła nazwać tej rzeczy. Shacklebolt był w jakiś sposób… niezwykły, jak gdyby niepasujący do świata, w którym żył. I właśnie ta cecha podobała jej się w nim najbardziej.
Zjadła ostatniego pomidorka koktajlowego i wyrzuciła puste opakowanie do śmietnika. Chcąc nie chcąc, musiała wracać do skorygowania reszty orzeczeń i oświadczeń.
Było już ciemno, kiedy ona i Olivia skończyły pracę. Jej koleżanka zakładała już płaszcz, ale Maria musiała jeszcze wstąpić do toalety.
-Cześć- pożegnała się, machając do Olivii ręką i znikając za rogiem.
-Do jutra!- usłyszała jej głos, a po chwili trzaśnięcie drzwi.
Maria nie przepadała, kiedy ktoś żegnał się z nią mówiąc: „Do jutra!”. Sama nie wiedziała do końca, co jest w tym denerwującego. Chyba po prostu wydawało jej się przygnębiające, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, że codziennie robi to samo, dzień za dniem. „Przestań się nad sobą rozczulać”- skarciła się, susząc mokre ręce.
Coś było… inaczej. Maria nie potrafiła określić tego dokładniej, ale czuła, że ten dzień różni się od poprzednich. Idąc długim, wyłożonym drewnem korytarzem, czuła się obserwowana. Usiłowała sobie wmówić, że to dziwne przeczucie wynika z równie dziwnych wydarzeń, które nastąpiły po sobie rano- najpierw nieznajomy mężczyzna dał jej w metrze swój numer, potem poczuła się, jakby ktoś wyssał ze świata całe dobro, jeszcze później mrugnął do niej Kingsley Shacklebolt…
Maria przystanęła przed okazałymi, dębowymi drzwiami po swojej lewej stronie. Były one opatrzone srebrną tabliczką głoszącą: „GABINET PREMIERA”. „Właśnie, premier! Jego zachowanie też jest ostatnio niecodzienne”- zdała sobie sprawę. Od niedawna jej szef niemalże nie wychodził ze swojego biura. W tych krótkich chwilach, kiedy go widziała, mogła stwierdzić, że mężczyzna nie wyglądał najlepiej. Cóż jednak było się dziwić- tyle dziwnych rzeczy się ostatnio wydarzyło… Ten most… zaginięcie pani Vance, która mieszkała niedaleko Downing Street 10… („Gazety huczały o tym przez całe tygodnie”- wspomniała ponuro Maria)… a potem jeszcze ten Chorley, który na konferencji prasowej zachowywał się jak kaczka…
„Coś się dzieje. Coś większego. Tylko nie mam pojęcia co…”
Maria miała właśnie zamiar skręcić w korytarz prowadzący do jej biura, ale nagle drgnęła i zatrzymała się, słysząc zza otwartych drzwi jakiś szelest. Rozejrzała się- wokół nie było żadnego ze strażników… „A jeśli to napad?”- pomyślała lękliwie. Po chwili wzięła  jednak głęboki, choć cichy, oddech i wyjrzała zza róg.
W ostrym, żółtawym świetle lamp dostrzegła biuro, które dzieliła z Olivią i jedną z nowych sekretarek premiera, której imienia nie zdążyła jeszcze zapamiętać. Z pozoru wszystko wyglądało normalnie. Maria wytężyła jednak wzrok i dostrzegła coś dziwnego, unoszącego się nad jej biurkiem. Wyglądało to jak  purpurowy motyl, machający delikatnie skrzydłami…
„To niedorzeczne”- pomyślała zaraz. „Co takiego mógłby tu robić motyl? Jest już późno… A może to ćma?”- zanim jednak zdążyła przyjrzeć się stworzeniu drugi raz, owad… zniknął. Maria przetarła ze zdumieniem oczy, wpatrując się w uwagą w przestrzeń nad swoim biurkiem.
Nic.
Ruszyła w stronę pomieszczenia, starając się nie stukać obcasami. Coś podpowiadało jej, że ma być cicho. Zwłaszcza, że wokół nie było żywej duszy, co teraz, kiedy o tym pomyślała, wydawało jej się być złowrogie.
Podeszła do swojego biurka. Nigdzie nie zauważyła motyla, ale jej uwagę przykuła karteczka, leżąca koło służbowego laptopa. Była purpurowa, zupełnie jak skrzydła tamtego owada…
Nagle rozległo się głośne pyknięcie. Maria wydała zduszony okrzyk, okręcając się na pięcie. Zahaczyła przy tym łokciem o kubek z kawą, którą przygotowała jej wcześniej Olivia, a on spadł na podłogę i roztrzaskał się z donośnym trzaskiem. Maria nie dbała o to- rozglądała się gorączkowo wokół siebie, poszukując kogoś lub czegoś, co mogło spowodować to dziwne pyknięcie…
-Wszystko w porządku, madame?- usłyszała za sobą głos i pomyślała, że to cud, że serce nie wyskoczyło jej jeszcze z piersi i nie zaczęło tańczyć cza-czy na blacie pobliskiego biurka.
Był to jeden z ochroniarzy, wysoki i szpakowaty.
-Nie, wszystko w porządku. Ja tylko… stłukłam kubek- wskazała drżącą dłonią na porcelanę leżącą na podłodze. –Niezdara ze mnie… Zaraz to posprzątam.
Ochroniarz kiwnął głową, najwyraźniej przekonany, i ruszył dalej, patrolując korytarz.
Maria uspokoiła oddech i przymknęła oczy. „Ten odgłos musiał pochodzić z jednego z aut zaparkowanych przy wejściu”- powiedziała sobie stanowczo w myślach, choć nie czuła się do końca przekonana. To jednak musiało jej na razie wystarczyć.
Schyliła się, aby podnieść karteczkę. Teraz dostrzegła, że jest ona poskładana niczym orgiami. Bardziej zainteresowała ją jednak jej treść. Serce znów zabiło jej mocniej, lecz tym razem z innego powodu, kiedy przeczytała krótki liścik:
Mario,
Zechciałabyś spotkać się tu ze mną jutro, po pracy? Obiecuję, że nie będę nachalny.
Twój,

Kingsley 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz