Wydawało się wręcz nieprawdopodobne, aby pogoda zepsuła się
aż tak bardzo, jak to uczyniła, kiedy Maria jechała metrem. O ile wcześniej
było zwyczajnie pochmurno, teraz zrobiło się naprawdę brzydko. Wokół roztaczała
się jakaś złowroga, ponura aura. Dodatkowo, kiedy Maria przechodziła obok
katedry Westminster, nastała nienaturalna ciemność, choć było dopiero trochę po
siódmej rano. Ogarnęło ją wtedy dziwne, bliżej niesprecyzowane uczucie..
zupełnie jakby już nigdy nie miała być szczęśliwa. Przypomniały jej się
straszne rzeczy, zobaczyła ponownie twarz swojej, osłabionej chorobą, matki,
kiedy wypowiadała do niej ostatnie słowa…
Dlatego Maria ucieszyła się, kiedy chwilę później skręciła w
inną ulicę, a dziwne uczucie znacznie osłabło. I choć niebo wciąż było szare,
teraz przynajmniej nie było nienaturalnie ciemno i nawet słońce wychylało się
nieśmiało zza chmur. Odetchnęła z ulgą.
Ostatnio wiele osób skarżyło się na napady złego
samopoczucia, a depresja rozprzestrzeniała się w Anglii jak grypa. Większość
specjalistów obarczała winą wyjątkowo kiepską tego lata pogodę, ale skąd z
kolei brała się ów pogoda… Tego już nikt nie umiał wytłumaczyć.
Kiedy Maria dotarła do pracy, była porządnie zziębnięta.
Dlatego poczuła falę sympatii wobec jednej ze swoich współpracowniczek, Olivii,
kiedy ta zaproponowała zaparzenie jej kawy.
-Och, byłabym bardzo wdzięczna- odpowiedziała zgodnie z
prawdą.
-Nie ma sprawy. Prawdę mówiąc, wyglądasz na zmizerowaną-
stwierdziła krytycznie Olivia.
-To przez tą pogodę. Zaraz mi przejdzie. Tymczasem… czy
premier przysłał ci już to orzeczenie na temat mostu Brockdale?
-Jeszcze nie- westchnęła Olivia. –Ale Kingsley- serce Marii
zabiło mocniej- obiecał, że się tym zajmie, a wiesz jak to z nim jest… Robota
pali mu się w rękach. Zupełnie nie wiem, jak on to robi… Też chciałabym tak
umieć. I być ulubienicą premiera- dodała po chwili, a w jej głosie zabrzmiała
marzycielska nuta.
Maria zaśmiała się.
-A któżby nie chciał?
Potem nie znalazły już zbyt wiele czasu na pogaduszki, bo
obydwie miały pełno pracy. Ostatnio w Wielkiej Brytanii działy się dziwne
rzeczy, a one, jako rzeczniczki prasowe premiera, musiały tłumaczyć te zjawiska
dziennikarzom. Problem polegał na tym, że niektórych z tych rzeczy po prostu
nie dało się naturalnie wyjaśnić. „Co mogę powiedzieć wyborcom w sprawie mostu
Brockdale, skoro sama nie rozumiem jak taki, zupełnie nowy, most zwyczajnie się
zawalił?”- myślała Maria, pocierając knykciami skronie, jak zawsze, gdy się nad
czymś usilnie zastanawiała. Nie był to jej jedyny problem. Dziennikarze coraz
śmielej pytali również o huragan w południowo-zachodniej Anglii, śmierć Amelii
Bones i Emmelie Vance, a także dziwne zachowanie Herberta Chorley,
podsekretarza stanu. Redaktorzy gazet i przeciwnicy polityczni premiera
zaczynali oskarżać go o te wszystkie, okropne wydarzenia, a choć Maria zawsze
była mu wierna, ją samą to wszystko zaczynało dziwić…
Z zamyślenia wyrwał ją głos. Ten sam głos, który ostatnio
słyszała w swoim śnie…
-Tu jest to orzeczenie do prasy, o które prosiłaś, a tutaj
odpowiedź dla Sunday Post. Miałem
napisać tylko wstęp, ale znalazłem trochę wolnego czasu i jest już gotowa.
Wystarczy, że prześlesz to do redakcji- mówił Kingsley, odwrócony w stronę
biurka Olivii. Maria patrzyła z zachwytem na jego wysportowaną sylwetkę, ale z
jeszcze większą rozkoszą słuchała jego kojącego, głębokiego głosu. Gdyby ten
głos powiedział jej, że ma zabić, zastanawiałaby się już tylko jaką broń
wybrać. „Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielka potęga tkwi w
charyzmatycznym głosie”- stwierdziła
Maria. Jej myśli przypominały rzekę, płynącą leniwie i ospale, tą samą, po
której płynęli w jej śnie…
Kingsely odwrócił się i pospiesznie ruszył w stronę wyjścia.
-Już idziesz?- zapytała, nie do końca zdając sobie sprawę z
tego, co robi.
Nie zignorował jej pytania. W połowie drogi do drzwi
odwrócił się i spojrzał na nią z nieprzeniknioną twarzą, choć Marii wydawało
się, że w jego oczach dostrzegła błysk zadowolenia. A może tylko jej się
zdawało?
-Tak. Już idę, mam jeszcze parę spraw do załatwienie. Ale
premier oczekuje mnie tutaj o czwartej, więc… jeszcze się spotkamy- po czym
mrugnął do niej i wyszedł.
Coś ciepłego rozlało się w okolicach żołądka Marii. „Mrugnął
do mnie!”.
Usłyszała stłumiony chichot Olivii.
-Co?- zapytała zawstydzona, próbując jednak dzielnie
zachować resztki godności. Musiała wyglądać strasznie, z tym jej rozmarzonym
spojrzeniem.
-Nic, tylko…- Olivia uniosła zadziornie brwi. –Coś jest
między wami? Między tobą a Shackleboltem?
Maria parsknęła.
-No coś ty. W życiu.
-Na pewno? Bo wiesz… inaczej ja byłabym zainteresowana-
szepnęła z uśmiechem.
-Wracajmy do pracy, Liv. Szef się wkurzy, jak zobaczy, że
plotkujemy.
Ale miała wrażenie, że Olivia wciąż się śmiała, przeglądając
stertę dokumentów leżących na swoim biurku.
***
Około czwartej Maria postanowiła zrobić sobie przerwę na
lunch. Przeżuwała sałatkę, rozmyślając o rzeczach bardziej lub mniej ważnych.
Wciąż jednak na wierzch jej myśli wypływała twarz Kingsleya. Tajemniczy błysk w
jego oczach, uśmiech rozkwitły na ustach…
Sama nie wiedziała, kiedy tak naprawdę poczuła coś więcej
wobec swojego współpracownika. Podobało jej się, że jest taki pracowity i
zaradny, czuła się przy nim bezpiecznie. Z tych krótkich rozmów, jakie z nim
przeprowadziła, wynikało, że jest również inteligentny. Poza tym, co tu kryć,
pociągał ją także fizycznie. Był przystojny i umięśniony, podobała jej się
również jego ciemna karnacja. Jednak w Kingsleyu było coś jeszcze… Maria nie
potrafiła nazwać tej rzeczy. Shacklebolt był w jakiś sposób… niezwykły, jak
gdyby niepasujący do świata, w którym żył. I właśnie ta cecha podobała jej się
w nim najbardziej.
Zjadła ostatniego pomidorka koktajlowego i wyrzuciła puste
opakowanie do śmietnika. Chcąc nie chcąc, musiała wracać do skorygowania reszty
orzeczeń i oświadczeń.
Było już ciemno, kiedy ona i Olivia skończyły pracę. Jej koleżanka
zakładała już płaszcz, ale Maria musiała jeszcze wstąpić do toalety.
-Cześć- pożegnała się, machając do Olivii ręką i znikając za
rogiem.
-Do jutra!- usłyszała jej głos, a po chwili trzaśnięcie
drzwi.
Maria nie przepadała, kiedy ktoś żegnał się z nią mówiąc:
„Do jutra!”. Sama nie wiedziała do końca, co jest w tym denerwującego. Chyba po
prostu wydawało jej się przygnębiające, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, że
codziennie robi to samo, dzień za dniem. „Przestań się nad sobą rozczulać”-
skarciła się, susząc mokre ręce.
Coś było… inaczej. Maria nie potrafiła określić tego
dokładniej, ale czuła, że ten dzień różni się od poprzednich. Idąc długim,
wyłożonym drewnem korytarzem, czuła się obserwowana. Usiłowała sobie wmówić, że
to dziwne przeczucie wynika z równie dziwnych wydarzeń, które nastąpiły po
sobie rano- najpierw nieznajomy mężczyzna dał jej w metrze swój numer, potem
poczuła się, jakby ktoś wyssał ze świata całe dobro, jeszcze później mrugnął do
niej Kingsley Shacklebolt…
Maria przystanęła przed okazałymi, dębowymi drzwiami po
swojej lewej stronie. Były one opatrzone srebrną tabliczką głoszącą: „GABINET
PREMIERA”. „Właśnie, premier! Jego zachowanie też jest ostatnio niecodzienne”-
zdała sobie sprawę. Od niedawna jej szef niemalże nie wychodził ze swojego
biura. W tych krótkich chwilach, kiedy go widziała, mogła stwierdzić, że
mężczyzna nie wyglądał najlepiej. Cóż jednak było się dziwić- tyle dziwnych
rzeczy się ostatnio wydarzyło… Ten most… zaginięcie pani Vance, która mieszkała
niedaleko Downing Street 10… („Gazety huczały o tym przez całe tygodnie”-
wspomniała ponuro Maria)… a potem jeszcze ten Chorley, który na konferencji
prasowej zachowywał się jak kaczka…
„Coś się dzieje. Coś większego. Tylko nie mam pojęcia co…”
Maria miała właśnie zamiar skręcić w korytarz prowadzący do
jej biura, ale nagle drgnęła i zatrzymała się, słysząc zza otwartych drzwi
jakiś szelest. Rozejrzała się- wokół nie było żadnego ze strażników… „A jeśli
to napad?”- pomyślała lękliwie. Po chwili wzięła jednak głęboki, choć cichy, oddech i wyjrzała
zza róg.
W ostrym, żółtawym świetle lamp dostrzegła biuro, które
dzieliła z Olivią i jedną z nowych sekretarek premiera, której imienia nie
zdążyła jeszcze zapamiętać. Z pozoru wszystko wyglądało normalnie. Maria
wytężyła jednak wzrok i dostrzegła coś dziwnego, unoszącego się nad jej
biurkiem. Wyglądało to jak purpurowy
motyl, machający delikatnie skrzydłami…
„To niedorzeczne”- pomyślała zaraz. „Co takiego mógłby tu
robić motyl? Jest już późno… A może to ćma?”- zanim jednak zdążyła przyjrzeć
się stworzeniu drugi raz, owad… zniknął. Maria przetarła ze zdumieniem oczy,
wpatrując się w uwagą w przestrzeń nad swoim biurkiem.
Nic.
Ruszyła w stronę pomieszczenia, starając się nie stukać
obcasami. Coś podpowiadało jej, że ma być cicho. Zwłaszcza, że wokół nie było
żywej duszy, co teraz, kiedy o tym pomyślała, wydawało jej się być złowrogie.
Podeszła do swojego biurka. Nigdzie nie zauważyła motyla,
ale jej uwagę przykuła karteczka, leżąca koło służbowego laptopa. Była
purpurowa, zupełnie jak skrzydła tamtego owada…
Nagle rozległo się głośne pyknięcie. Maria wydała zduszony
okrzyk, okręcając się na pięcie. Zahaczyła przy tym łokciem o kubek z kawą,
którą przygotowała jej wcześniej Olivia, a on spadł na podłogę i roztrzaskał
się z donośnym trzaskiem. Maria nie dbała o to- rozglądała się gorączkowo wokół
siebie, poszukując kogoś lub czegoś, co mogło spowodować to dziwne pyknięcie…
-Wszystko w porządku, madame?- usłyszała za sobą głos i
pomyślała, że to cud, że serce nie wyskoczyło jej jeszcze z piersi i nie
zaczęło tańczyć cza-czy na blacie pobliskiego biurka.
Był to jeden z ochroniarzy, wysoki i szpakowaty.
-Nie, wszystko w porządku. Ja tylko… stłukłam kubek-
wskazała drżącą dłonią na porcelanę leżącą na podłodze. –Niezdara ze mnie…
Zaraz to posprzątam.
Ochroniarz kiwnął głową, najwyraźniej przekonany, i ruszył
dalej, patrolując korytarz.
Maria uspokoiła oddech i przymknęła oczy. „Ten odgłos musiał
pochodzić z jednego z aut zaparkowanych przy wejściu”- powiedziała sobie
stanowczo w myślach, choć nie czuła się do końca przekonana. To jednak musiało
jej na razie wystarczyć.
Schyliła się, aby podnieść karteczkę. Teraz dostrzegła, że
jest ona poskładana niczym orgiami. Bardziej zainteresowała ją jednak jej
treść. Serce znów zabiło jej mocniej, lecz tym razem z innego powodu, kiedy
przeczytała krótki liścik:
Mario,
Zechciałabyś spotkać
się tu ze mną jutro, po pracy? Obiecuję, że nie będę nachalny.
Twój,
Kingsley
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz