Biała łódka sunęła łagodnie po rzece. Księżyc migotał
zawadiacko na niebie, pozostawiając na wodzie zniekształcony, srebrny kształt.
Upalne powietrze wypełnione było zapachem egzotycznej roślinności. Maria
siedziała na dziobie łódki, mocząc stopy w wodzie. We włosy miała wplecioną
lilię, która, pod wpływem ciemności, wydawała się być fioletowa. Wpatrywała się
z łagodnym uśmiechem za siebie, wyginając głowę niczym sowa.
-Podoba ci się tu?- zapytała siedząca w mrocznym końcu łódki
postać. Jej głos był niski, głęboki i uspokajający.
Maria odetchnęła głęboko, rozkoszując się cytrusową wonią
wypełniającą jej nozdrza.
-Jest cudownie.
Zaśmiała się. Tak, było cudownie…
Teraz Maria odwróciła się gwałtownie, wprawiając łódkę w
lekkie drżenie.
-Ale zostaniesz ze mną?- zapytała lękliwie. –Zostaniesz i
już nigdy mnie nie opuścisz?
Przez chwilę panowała cisza. A potem postać wysunęła się do
przodu, tak, że Maria dostrzegła jej
twarz skąpaną w srebrzystych promieniach księżyca. Była to twarz męska. Ładna, symetryczna, przywodząca na myśl łeb
rysia, zwierzęcia cichego i dumnego. Pomimo padającego na nią światła, twarz
pozostała czarna, gdyż taka była w istocie. Wtedy mężczyzna otworzył usta i
powiedział tym samym, głębokim barytonem:
-Idzie człowiek ulicą, pyta się dlaczego mi słabo, reszta
mojego życia jest taka ciężka, potrzebuję sesji zdjęciowej…
***
-…potrzebuję zdjęcia na odkupienie, nie chcę skończyć jak
kreskówka, na kreskówkowym cmentarzu…*
Maria obudziła się dopiero po chwili. Nie do końca zdając
sobie sprawę z tego co robi, wyłączyła budzik. Piosenka Paula Simona, którą
miała ustawioną na pobudkę, natychmiast zamilkła. Kobieta odetchnęła głęboko i
potarła knykciami skronie. Cóż to był za dziwny sen… Ona, w jakiejś łódce na
romantycznym wieczorze z… „Ach, co za głupoty!”- skarciła się w duchu, po czym
wstała z łóżka zbyt gwałtownie, a przed jej oczyma zamigotały granatowe
gwiazdki. Dopiero kiedy zniknęły, Maria posła niedbale łóżko i ruszyła do
toalety. Miała niewiele czasu, ale i tak zdążyła rzucić sobie szybkie,
krytyczne spojrzenie w lustrze. „Czy on w ogóle by mnie chciał?”- zastanowiła
się ponuro, patrząc na swoją sylwetkę odbijającą się w ubrudzonym pastą do
zębów lustrze. Owszem, nie była brzydka. Nikt by jej tego nie zarzucił… „Ale
czy na pewno?”- pomyślała zaraz. Czy te kasztanowe kudły nie były trochę
zaniedbane? Czy jej niebieskie oczy nie wydawały się nienaturalnie duże w
porównaniu z wąskim nosem? I czy ów słynna, filigranowa figura, z której do tej
pory była dumna, nie była zbyt charakterystyczna? W końcu mierzyła tylko trochę
powyżej sześćdziesięciu cali**, to mogło denerwować ludzi, którzy mieli z nią
do czynienia… Nie miała jednak czasu na dalsze rozmyślanie. W pośpiechu ubrała
się, zjadła drugie śniadanie i opuściła mieszkanie.
Idąc na najbliższą stację metra schludną, londyńską ulicą,
rozmyślała nad zadaniami czekającymi ją w pracy. Dzień był szary i
nieprzyjemny, wielu ludzi wyciągało już ze swoich skórzanych aktówek podręczne
parasolki, choć deszcz jeszcze nie padał. Mimo to, było dosyć zimno, dlatego
Maria ucieszyła się, kiedy nadjechał jej pociąg. Wsiadła do środka, zajęła miejsca naprzeciwko
wejścia i wyjęła z teczki gazetę. Przebiegała wzrokiem po interesujących ją nagłówkach,
podczas gdy ludzie wysiadali na kolejnych stacjach. Nagle poczuła na swojej
dłoni delikatny dotyk. Podniosła wzrok znad gazety i ujrzała młodego mężczyznę,
pochylającego się przed nią. Po chwili wyprostował się, trzymając w ręku jakąś
kartkę i wpatrując się w nią.
-Czy pani to Mariah Carter?- zapytał.
-Tak- odpowiedziała zdziwiona.
-A więc to należy do pani- odpowiedział, podając jej
dokument. Maria ujęła go i stwierdziła, że wpatruje się w swoją kartę
uprawniającą do korzystania z metra.
-Ojej, dziękuje- powiedziała na wydechu. –Musiała mi wypaść,
kiedy otwierałam teczkę.
-Mogę się dosiąść?- zapytał mężczyzna. „Czy raczej chłopak”-
poprawiła się w duchu. I rzeczywiście, jej wybawca wyglądał niezwykle młodo.
Młodzieżowego wyglądu nadawały mu okulary w plastikowych oprawkach, kręcone
włosy i rumiane policzki. Maria kiwnęła głową.
-Patrick McGuiness- przywitał się, wyciągając do niej rękę.
-Maria Carter- odpowiedziała, ściskając jego delikatną dłoń.
-Och… a więc źle to wymówiłem. Bo wymawia się to jak Mereeya,
prawda?
Maria kiwnęła głową.
-No tak… Te karty często są wypisywane niewyraźnie… Ale dlaczego
mnie pani nie poprawiła?
Wzruszyła ramionami.
-To naturalne, że ludzie się przejęzyczają. A do tego
właśnie oddał mi pan dokumenty… To byłoby niegrzeczne. Ja pana kojarzę- dodała
po chwili. Przypomniało jej się, że widuje Patricka prawie codziennie w drodze
do pracy. Z tym, że on wysiadał przy South Kensington, a ona dwie stacje dalej.
-Tak… ja panią też. Właściwie…- Patrick zawahał się, a ona
wyczuła w jego głosie silny, irlandzki akcent. –Właściwie już od dłuższego
czasu szukałem pretekstu, żeby jakoś do pani zagadać- wyznał nieśmiało, a na
jego policzki wystąpił potężny rumieniec.
Maria poczuła się mile zaskoczona.
-No więc teraz już go znalazłeś- odpowiedziała z
sympatycznym uśmiechem. Patrick spojrzał na nią z wdzięcznością, choć wciąż
wyglądał na zażenowanego.
Jakaś otyła kobieta stojąca przy wejściu przyglądała się tej
scenie z wyraźną ciekawością. Maria odwróciła się do niej plecami, marząc w
duchu, żeby istniał jakiś czar, który sprawiłby, że żaden pasażer nie słyszałby
cudzych rozmów. „Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak magia”- pomyślała, po
czym uznała, że warto by się odezwać, aby przełamać powstałą między nimi ciszę.
Już chciała opowiedzieć Patrickowi historię swojego znajomego, który również
zgubił kiedyś kartę metra, kiedy Irlandczyk odezwał się bardzo szybko:
-Przyjęłabyś może mój numer?
Na jego policzki wylał się jeszcze większy rumieniec, ale
widać było, że już o to nie dbał.
-Słucham?- zapytała, wciąż jeszcze lekko zaspana, Maria.
- Zapytałem czy… no… może nie chciałabyś wziąć ode mnie
numeru? Znaczy… mojego numeru. No wiesz, żebyś mogła do mnie zadzwonić albo…
-Och… tak. Tak, proszę. Możesz zapisać go tu…- wyjęła z
teczki notes, a na siedzenie obok wysypało się jej drugie śniadanie. Teraz nie
tylko kobieta przy wejściu przyglądała się tej scenie, a Maria poczuła, że i
jej twarz lekko poczerwieniała. Migiem zgarnęła do torby opakowanie sałatki i
podała notes Patrickowi. Mężczyzna naskrobał tam pospiesznie rząd cyfr, oddał
jej notatnik i wstał, a pociągiem szarpnęło.
-To moja stacja. No to… do zobaczenia.
-Na razie- uśmiechnęła się Maria, odprowadzając go wzrokiem.
Nie był bardzo przystojny, ale być może by się z nim umówiła. Gdyby, oczywiście, jej głowy nie zaprzątały myśli o kimś innym…
I modląc się, żeby Kingsley Shacklebolt nigdy nie poznał
treści jej ostatniego snu, wysiadła na swojej stacji chwilę po Patricku.
Ruszyła w stronę Downing Street***, bo tam właśnie pracowała.
*Piosenka, którą Maria miała ustawioną jako budzik to: „Call
me All” autorstwa Paula Simona. Polecam optymistyczny teledysk, w którym gra
również komik Chevy Chase.
**Sześćdziesiąt cali to około stu pięćdziesięciu pięciu
centymetrów. Zastanawiałam się nad zachowaniem znanej nam jednostki, ale w końcu rzecz dzieje się w Anglii…
***Uff, sporo przypisów dzisiaj wyszło :) Na Downing Street
10 urzęduje premier mugoli. Eee… to znaczy- brytyjski premier.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz