Maria wpadła do mieszkania i rzuciła się w stronę laptopa,
leżącego na biurku w sypialni. Po drodze do domu wszystko sobie dokładnie
przemyślała. Włączyła przeglądarkę internetową, żaląc się w duchu, że tak długo
się otwiera. Kiedy strona w końcu się załadowała, Maria wpisała: „praca Londyn”
i kliknęła okienko: „wyszukaj”.
Pojawiło się pełno ofert, które otwierała trzęsącą się
dłonią w kolejnych kartach. Pierwsze trzy był beznadziejne, ktoś chciał
zatrudnić kelnera, fachowca budowlanego i eksperta od paleontologii. Maria
zdała sobie sprawę, że powinna trochę zawęzić kategorię wyszukiwania, kiedy w
oczy rzucił jej się napis: „Renomowana firma maklerska z filią w Londynie
zatrudni rzecznika prasowego”. To mogło być to…
Oferowano trochę mniej pieniędzy niż w biurze premiera, ale
było za to więcej dni wolnych i miałaby mniej problemów z dojazdem. Maria
migiem wydrukowała podanie oraz inne, potrzebne dokumenty i rzuciła się w
stronę wyjścia, zastanawiając się, czy firma będzie jeszcze otwarta. Już
dotykała dłonią okrągłej klamki, kiedy usłyszała pukanie. Odetchnęła głęboko i
odczekała parę sekund, a potem uchyliła drzwi.
To była najmniej oczekiwana przez nią osoba.
-O, cześć- rzuciła, siląc się na rzeczowy ton. –Bardzo mi
przykro, ale właśnie wychodziłam, więc…
-Gdzie idziesz?- zapytał Kingsley, a w jego głosie
dźwięczała nonszalancja.
Maria schowała kartki za plecami.
-Ja… idę się spotkać z przyjaciółką. Właśnie wychodziłam, więc…
-Maria, co jest?- przerwał jej. Teraz wyglądał na trochę
przestraszonego. –Źle się czujesz? Jesteś taka blada…
Nie odpowiedziała.
-Zamierzasz wyjść w takim stanie?
Jego troska doprowadzała ją do szału. „Darowałby sobie…”
-Wiesz, myślę, że powinienem zaparzyć ci herbaty…
-Dobra. Wchodź- odburknęła. Nie dbała o to, że jest
niegrzeczna. Mówiąc szczerze, zwyczajnie się bała.
Kingsley ruszył w stronę kuchni, ale Maria wyprzedziła go.
To ona zaparzyła im herbaty, choć cała przy tym drżała.
-Na pewno nic ci nie jest?- zapytał ostrożnie Kingsley,
obserwując ją zza stołu. Odwróciła się w jego stronę. Dopiero teraz zauważyła,
jaki jest wysoki i postawny. Wzdrygnęła się, kiedy oceniła swoje szanse w
ewentualnym starciu z nim.
-Maria…- zaczął powoli, wstając z krzesła i podchodząc do
niej. Kiedy tylko dotknął jej dłoni, odskoczyła ze strachem do tyłu.
-Nie dotykaj mnie!- wrzasnęła, a jej krzyk pomieszał się z
gwizdaniem czajnika.
Teraz Kingsley był już w wyraźnym szoku. Obserwował ja z
niepokojem, jakby bał się, że oszalała. „Ciekawe, kto z nas dwu jest szalony!”-
prychnęła w myślach Maria.
Czajnik gwizdał przeraźliwie, ale żaden z nich nie zwracał
na to uwagi.
-Co ci się stało?- wyszeptał wreszcie Kingsley.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.
-Ja… po prostu chcę, żebyś stąd wyszedł- rzekła w końcu. To
była prawda, na niczym jej tak nie zależało, jak na tym, aby wreszcie zostać
samej.
-Dobrze- odpowiedział po chwili, a w jego głosie dźwięczał
smutek i rozczarowanie, choć pozostawał przy tym uprzejmy. –Dobrze, skoro tego
właśnie chcesz, wyjdę.
Po czym zaczął zbliżać się w stronę hollu, idąc tyłem i
pokazując jej puste wnętrza dłoni, jakby chciał zapewnić ją, że nie ma ze sobą
żadnej broni, że jej nie skrzywdzi. Maria szła za nim. Kiedy zbliżyli się do
drzwi, otworzyła je i spojrzała na niego wyczekująco. Kingsley sprawiał
wrażenie wyraźnie skrępowanego, kiedy zakładał buty i wyszedł w nich na
korytarz, ale nie odezwał się ani słowem. Zatrzasnęła za nim drzwi.
Dopiero, kiedy to zrobiła, przestała panować nad emocjami.
Osunęła się po wewnętrznej stronie drzwi, nie umiejąc złapać tchu i mrugając
zawzięcie oczami. Kiedy już trochę uspokoiła oddech, zaczęła niekontrolowanie płakać.
Próbowała, lecz nie mogła powstrzymać łez, spływających coraz szybciej po jej
policzkach. Serce tłukło jej się w piersi. Bała się. Tak bardzo się bała…
To, co Kingsley zaledwie godzinę temu zrobił w gabinecie
premiera, było dla niej wstrząsające. Zdała sobie sprawę, że te wszystkie
dziwne rzeczy, które ją ostatnio spotykały, brały się właśnie z jej znajomości
z Shackleboltem. Premier sądził, że Kingsley jest… no właśnie, kim? To brzmiało
jakby należał do jakiegoś innego gatunku, jakby był kosmitą albo nie wiadomo
czym jeszcze… I ten ogień, który tajemniczo zapłonął w kominku… Ten przedmiot,
który Kinsley trzymał w ręce… Purpurowy motyl… Maria nie chciała mieć już
więcej z czymś takim do czynienia.
Ale… coś nie pasowało do tej układanki, jakiś niewidzialny
cierń wbijał się samo serce wszystkich jej mrocznych podejrzeń. „Przecież
Kingsley taki nie jest”- powiedziała sobie stanowczo. „Nie jest jaki?”- zapytał
drapieżny, nieufny głos w jej głowie. „Nie jest… zły. Nie skrzywdziłby mnie.”
„Jesteś pewna? Przecież wcale go nie znasz!”- zasyczał głos.
Maria wstała gwałtownie. Nic już ją nie obchodziło, nie
wiedziała jakimi uczuciami naprawdę darzy Kingsleya. Chciała tylko jednego-
poznać prawdę.
Wyszła na korytarz, zapominając o ubraniu butów czy choćby
skarpetek, stojąc boso na chłodnej posadzce.
-Kingsley?!- zawołała niepewnie. Jej głos wciąż był lekko
rozedrgany.
Czekała tylko chwilę. Potem zza rogu wyłoniła się wysoka,
barczysta postać. Shacklebolt nie odszedł- zupełnie jakby wiedział, że jeszcze
go zawoła.
-Tak?- zapytał miękkim, uspokajającym basem.
-Ja… ja chcę, żebyś wrócił.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, a Maria zdała sobie
sprawę, jak dziwne musiało być jej zachowanie. Na początku go wpuściła, potem
wyrzuciła, a teraz ponownie go zaprasza. Kingsley nie robił jej jednak żadnych
wyrzutów z tego powodu i już po chwili siedział w salonie. Maria poszła do
kuchni po jakieś ciastka, a kiedy wróciła, zdębiała. Shacklebolt przeglądał jej
podanie o pracę. Odłożył je na stolik, kiedy spostrzegł, że na niego patrzy,
ale nie sprawiał wrażenia zmieszanego.
-Chciałaś odejść?- zapytał.
Maria poczuła, że jej broda niebezpiecznie drga. Znowu
poczuła się mała, bezbronna, przyparta do muru…
Kingsley zauważył wyraz jej twarzy.
-Maria, czego ty się boisz?
-Niczego- odparła drżącym głosem.
-Daj spokój- prychnął. –Czy ty… czy boisz się mnie?
Spojrzała mu w oczy. Nie widziała w nich oskarżenia, jedynie
troskę. Powoli pokiwała głową.
-Ja… słyszałam, jak rozmawiałeś z premierem. I on… nazwał
cię jakoś dziwnie. A wcześniej był jeszcze ten Eddie, który płakał, bo zginęła
jego przyjaciółka, Emmelie Vance, i ten purpurowy motyl, i dziwny dźwięk, i
most Brockdale… - teraz Maria kompletnie nie panowała nad sobą. Nareszcie
wypowiadała na głos wszystko to, czym tak bardzo chciała się z kimś podzielić.
Mówiła, przypominając sobie o wszystkich dziwnych zdarzeniach, które ostatnio
się wydarzyły, wymieniając je bez tchu. -… i ta okropna pogoda…
-Poczekaj- przerwał Kingsley, a choć zrobił to łagodnie, w
jego głosie zabrzmiała jakaś nowa, nieznana jeszcze Marii nuta. Kojarzyła się
ze stanowczą przywódczością i praktycznie nie była w stanie nie wykonać tego
polecenia. Zamilkła, biorąc głęboki oddech. –Może usiądziesz?
Nie dbała o to, że byli w jej domu. Przysiadła posłusznie na
skórzanej kanapie, obok Kingsleya. Przez chwilę tkwili w ciszy, ale Maria
widziała, że jej towarzysz nad czymś rozważa. Kiedy się w końcu odezwał,
brzmiał zdecydowanie, jakby stoczył i wygrał długą walkę sam ze sobą:
-Wiesz, rzadko się zdarza spotkać tak spostrzegawczego i
inteligentnego mugola jak ty.
Maria nie miała pojęcia, kim jest mugol, ale nie odzywała
się.
-Tak, masz rację, ostatnio dzieje się wiele dziwnych rzeczy-
pokiwał głową. – Chyba już czas ci powiedzieć. Ale nie chciałem tego robić… i
dalej nie chcę… z uwagi na twoje bezpieczeństwo.
Ujął jej dłonie. Wpatrywała się w niego, z ognikami
błyszczącymi z ożywieniem w oczach. Czuła, że zmierzają do sedna. Kingsley
westchnął.
-Most Brockdale nie zawalił się ze starości. A huragan w
południowo- zachodniej Anglii?- roześmiał się ponuro. –Musieliśmy coś wymyśleć.
Ja zaproponowałem huragan, wydawało mi się, że bez problemu w to uwierzycie.
Ale co ze sprawą Amelii Bones? Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Byliśmy
zrozpaczeni, Amelia była taką dobrą pracowniczką…
-Znałeś ją?- przerwała mu zszokowana Maria.
-Oczywiście- odpowiedział smutnym tonem Kingsley. –Miałem
zaszczyt pracować z nią w ministerstwie...
-W jakim ministerstwie? Chodzi ci o biuro premiera? Żadna
pani Bones tam nigdy nie pracowała, jestem pewna, że…
-Nie, Mario- odparł cierpliwie. –Nie chodzi mi o biuro
premiera. Bo widzisz… pracuję w dwóch miejscach. Tym drugim jest Ministerstwo
Magii.
Do Marii dopiero po chwili dotarło, o czym mówi Kingsley.
Pomyślała, że Ministerstwo Magii musi być jakimś sklepem, w którym sprzedają
różne gadżety. Nie potrafiła jednak wyobrazić sobie osoby jego pokroju
pracującej w równie mało ambitnym miejscu… Już miała mu o tym powiedzieć, kiedy
Kingsley znowu się odezwał:
-A pracuję tam jako auror. Łowca czarnoksiężników.
„Dobra, to już kompletnie nie pasuje do mojej teorii o
sklepie z gadżetami.”- pomyślała zrozpaczona, odsuwając od siebie myśl, która
coraz śmielej kształtowała się w jej umyśle: „On jest pomylony.”
-Mario…- zaczął Kingsley, patrząc jej głęboko w oczy. Coś
przenikliwego było w tym spojrzeniu i kobieta zdała sobie sprawę, że cokolwiek
teraz od niego usłyszy, będzie prawdą. Shacklebolt otworzył usta, a Maria
obserwowała go, mając wrażenie, że czas stanął w miejscu. Z jego warg spłynęły
jedynie dwa słowa, ale to wystarczyło, aby wprawić ją w stan najwyższego
osłupienia:
-Jestem czarodziejem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz